czwartek, 18 stycznia 2018

Gra o wszystko, czyli nie chodzi tylko o wygraną

Po pracy biegam ostatnio nadrabiać kinowe zaległości i na pokazy przedpremierowe (kino Atlantic jest w tym świetne!), niedługo pewnie więc czeka Was wysyp notek filmowych. Z książkami niestety zwolniłem. Za to kolejne trzy teatry przede mną. Notatnik działa, jak pewnie niektórzy wiedzą nawet w dwóch wersjach (www.notatnikkulturalny.pl jest bardziej magazynem tworzonym przez wielu autorów), jakoś udaje się godzić to wszystko z pracą i rodziną, ale frajda jest największa wtedy gdy ktoś mówi, że zaraża się tą moją pasją, że ją rozumie i nie stuka się w głowę pytając po co i ile mam z tego kasy.

Kasa. Wydawałoby się, że o oto przede wszystkim będzie chodzić w filmie, w którym fabuła jest zbudowana wokół rozgrywek pokera o bardzo wysokie stawki. Ten dreszcz emocji, to ryzyko i miliony, które jednej nocy mogą przejść z kieszeni do kieszeni. Ale mimo, że chwilami może i sposób opowiadania tej historii przypomina wielkie przekręty jakie pamiętamy z ekranów z ostatnich kilku lat, to chyba nie to było dla twórców najważniejsze. Graczom nie chodzi tylko o wygraną, a o emocje, a bohaterce nie tylko o sam sukces, a o...

wtorek, 16 stycznia 2018

Alicja ♥ Alicja, czyli razem w szczęściu i smutku

Dwie młode kobiety wchodzą na niewielką scenę, witają się, jakby trochę speszone, sprawiają wrażenie jakby dopiero ustalały która z nich ma zacząć mówić i o czym. Tak zaczyna się sztuka autorstwa Amy Conroy, wyreżyserowana przez Marię Seweryn, wystawiana od czasu do czasu w Och Teatrze. Ten motyw: mamy przed sobą nie aktorki, ale dwie zwyczajne dziewczyny, które znalazła reżyserka, by jej spektakl był bardziej prawdziwy, będzie do nas powracał. Całość ma sprawiać wrażenie nie tyle sztuki, co spotkania, na którym obie kobiety opowiadają swoimi słowami o tym jak wygląda ich relacja. Żartują, denerwują się, czasem emocje biorą górę i trudno kontynuować jakiś wątek, a innym razem rozkręcają się, mówiąc chyba nawet więcej niż planowały.

Ciekawy pomysł i mimo pierwszego wrażenia sztuczności, po chwili wchodzimy w tę konwencję, na pewien czas zapominając o tym, że to wszystko jest wyreżyserowane i zagrane. Duża w tym zasługa Aleksandry Domańskiej i Aleksandry Grzelak, które potrafią włożyć w ten tekst dużo uczuć. Sposób w jaki na siebie patrzą, jak uzupełniają tę historię, czasem się przekomarzając, to znów wspierając przy trudniejszych fragmentach, czułość jaką wyczuwamy w ich słowach, gestach - wszystko to sprawia, że cała ta ich opowieść staje się bardziej przekonująca, naturalna.

Song of experience - U2, czyli ale na koncert to bym poszedł


U2 dziś ogłosiło plany koncertowe na Europę, ale niestety tym razem Polski nie ma na liście. A szkoda, bo nawet jeżeli płyty nie brzmią jakoś wyjątkowo, ten zespół na koncertach wypada świetnie, a każdy z nich jest dużym widowiskiem. Do Berlina niby blisko, ale kasa jednak większa... No nic, może jeszcze coś dołożą.
 
A jaka jest ta najnowsza płyta? Kupiłem ją nie spodziewając się zbyt wiele, bo dinozaury mam wrażenie, że powielają już sami siebie, niewiele potrafią zaproponować nowego. Ale przecież mam wszystkie ich płyty więc czemu nie kontynuować kolekcji? "Song of experience" jako żywo przypomina poprzednią ich płytę - ta sama mieszanka rocka, popu, chwytliwych melodii i chórków, kawałki opracowane zdaje się, że z różnymi producentami, przemyślane do ostatniej nuty. Tylko szkoda, że niby wpadają w ucho, ale zaraz drugim wylatują.

Dyktator - Mariusz Zielke, czyli samotny facet z kotem

Mariusz Zielke gościł już u mnie na blogu przy okazji dwóch powieści, dwie jeszcze czekają na półkach na swoją kolej, a ja wciąż zastanawiam się jak mam potraktować ich autora. Nie chodzi nawet o sam warsztat, bo całkiem sprawnie potrafi pisać thrillery sensacyjne, potrafi stworzyć wrażenie, że sięga po autentyczne tematy, prowadzi dziennikarskie śledztwo, a potem dopiero je obudowuje akcją, wypełnia bohaterami, którzy mają odkrywać prawdę. Kłopot polega na tym, że ten sam chwyt stosowany kilkukrotnie po prostu przestaje działać. Ile razy można jechać na reklamie: nikt nie chce mi tego wydać, bo jest zbyt ostre, zbyt prawdziwe, mogłoby rozwalić całą scenę biznesową/polityczną/sądowniczą, próbują zatkać mi usta, grożą mi, ale ja się nie poddaję i oto udostępniam Wam ten zakazany owoc w formie elektronicznej, bierzecie i czytajcie. Ach, ale oczywiście kupujcie, bo nie ma nic za darmo. Może i jest coś na rzeczy, wierzę że przy pierwszej mogło tak być, ale potem? Za każdym razem podobna sztuczka, argumenty, nowa strona internetowa (teraz zapowiedź całej serii powieści "z kluczem" - odważnych i bez cenzury - www.zkluczem.pl). Przeczytajcie zresztą jak reklamowany jest "Dyktator".

Tak mocnej powieści o polskich elitach jeszcze nie było!
Prezes partii rządzącej jest już zmęczony nieustającym pasmem wyborczych zwycięstw. W skromnym domu na warszawskich peryferiach, u boku ukochanego kota, zmęczony, samotny i osaczony wspomina wzloty i upadki.
„Dyktator” to pełna spisków i intryg, na przemian zabawna i przerażająca historia o tym, do czego prowadzi szerzenie nienawiści i kult jednostki. Powieść została zamówiona przez wydawcę, który zalecał, by promowała sukcesy polskiego rządu. Autorowi wyszło coś innego i powieść trzeba było opublikować poza oficjalnym rynkiem wydawniczym.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Zagubieni, czyli film w filmie


Dawno nie było u mnie żadnego filmu czeskiego. No to proszę. A i za literaturą trochę się stęskniłem, bo "Arystokratka" to jednak jedynie zabawa.
Dziś jednak o filmie. Pewnie znanym, ale ja dopiero niedawno go odkryłem, choć przecież inne rzeczy Petra Zelenki już widziałem. "Zagubieni" mogą nieźle namieszać w głowie kogoś kto spodziewa się normalnej fabuły, bo gdyby ją brać na poważnie (choć jest komediowa), to kończy się ona po 20 minutach. Potem zaczyna się to co najciekawsze.

niedziela, 14 stycznia 2018

Święci codziennego użytku - Szymon Hołownia, czyli świat może nazywać to głupotą

Dziś kolejna zbiórka na WOŚP, pomyślałem więc, że to najlepszy moment, by napisać o książce Szymona Hołowni. Niedawno pisałem o części drugiej, która niedawno się ukazała, ale przygoda z życiorysami świętych zaczęła się właśnie od tego tomiku.
A dlaczego skojarzył mi się właśnie WOŚP z tym o czym pisze Hołownia? Chodzi o tę odrobinę szaleństwa, niektórzy mówią że głupoty, która polega na dzieleniu się tym co masz, robieniu czegoś dla innych. Zbiórka na cele medyczne organizowana przez Owsiaka od lat mobilizuje starych i młodych, sprawiając masę radości. I to jest piękne. Obyśmy zawsze z takim entuzjazmem podchodzili do dzielenia się z innymi.
Wcale nie przypadkowo wśród postaci wymienianych w tym tomiku jest m.in. wdowa, o której niewiele wiemy, a która wrzuciła ostatni grosik jako datek. I choćby nam wmawiali: pieniądze nie idą tylko na sprzęt ktoś Was oszukuje, nie przejmujcie się tym, bo ważne że robisz coś z serca i nie do Ciebie należy kontrolowanie czy co do grosza ktoś spożytkuje to tak jak obiecywał. Wiara, zaufanie, dobre intencje, szukanie w ludziach dobra i próby budowania go na świecie, mogą być nazywane jak tam sobie świat chce. Od setek lat wciąż znajdują się tacy, którzy swoim życiem udowadniają, że w ten sposób mogą nie tylko odnaleźć drogę dla siebie, ale i wskazywać ją innym.

sobota, 13 stycznia 2018

Nerve, czyli Kopciuszek i książe w trochę innym świecie

W sumie jak się zobaczy zwiastun "Nerve" to potem już nie ma większego zaskoczenia. Ale mimo wszystko warto na niego zerknąć - to obraz tego czym żyją młodzi ludzie, podobnie jak filmy np. z lat 80 czy 90 z całonocnymi imprezami, czy wyścigami samochodowymi po nocach. Dziś już młodzi żyją czym innym. A czym?
Dla nas to pewnie trochę fantastyka i nie bardzo chce nam się wierzyć, jak łatwo młodych wciągnąć w świat wirtualny, jak dla nich to jest ważne. Czy to się jednak jakoś bardzo różni od presji rówieśników kiedyś? Tyle, że wtedy była ona w realu, zakłady, głupie wyzwania, ocenianie, wyśmiewanie. Teraz jest o tyle gorzej, że nawet w domu niespecjalnie się przed tym możesz schować. Kiedyś trzeba było uruchomić komputer, dziś jest "online" prawie cały czas.

piątek, 12 stycznia 2018

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety - Swietlana Aleksijewicz, czyli bo tak było trzeba


egettNiedługo biegnę na spotkanie DKK na temat tej książki, więc nie wiem czy dziś będzie czas na pisanie - na wieczór już zapowiada się wieczór  przy planszówkach :) A raczej noc.
Niech zawiśnie więc zajawka. A jutro wypełni się ją treścią. Czytaliście? Po drugiej pozycji tej autorki (możecie zawsze sprawdzać zakładkę przeczytane), bardzo nie zaskoczyła, ale na pewno uruchamia dużo refleksji.
***
Po czterdziestu latach od wojny niektórzy nie chcą pamiętać, nie chcą mówić, nie chcą pamiętać. To zbyt bolesne, wciąż w nich tkwi. Nie tylko to wszystko co działo się na wojnie, ale może również i to co działo się po niej - jak niewiele wtedy myślano o tym jak pomóc tym, którzy przeżyli. Ważne było jedynie zwycięstwo.
Najbardziej poruszające u Aleksijewicz jest to, że odkryła dla świata opowieści kobiet, tak bardzo różniące się od tego jak wspominają czas wojny mężczyźni. Nie ma tu specjalnie miejsca na bohaterstwo, wielkie bitwy, strategię, podkreślanie swoich zasług. Jest za to sporo wydawałoby się mało istotnych detali, które stawały się jakimś ważnym symbolem dla tamtego czasu. Jest miejsce na poświęcenie, strach, współczucie (nawet dla wroga), miłość. Kobiety uczestniczyły w tej wojnie nie tylko w rolach do których mężczyźni je przeznaczali (np. jako pielęgniarki), można znaleźć tu wspomnienia tych, które służyły jako snajperki, piloci, dowodzące działem, czołgistki... Tak wiele poruszających słów. Jak żywe stają na nowo przed nimi tysiące ofiar, ranni, bardzo trudne warunki sanitarne, to jak były traktowane na pierwszej linii frontu przez mężczyzn.
Nawet jeżeli któraś wspomni o tym, iż początkowa klęska była wynikiem błędu władz, to wiara w Stalina, w sens mobilizacji i ofiary dla ojczyzny wciąż jest w nich żywy. Tak było trzeba. Nawet jeżeli potem zapomniano trochę o nich, a w swoich środowiskach wycierpiały niemało. Mało kto widział w nich bowiem bohaterki, a raczej ciągnęła się z nimi fama "tych co na froncie z mężczyznami...". Czy jest w nich duma? Raczej z tego, że przeżyły, że mimo wszystko jakoś poukładały sobie życie po wojnie. Bo łatwo nie było. Szły do walki na ochotnika, często jako kilkunastoletnie dziewczyny. Wracały z duszą tak poranioną, jakby przeżyły już całe życie.

Tyle świadectw, jedne krótsze, inne dłuższe. Czasem jakiś wybrany przebłysk, jedna scena, innym razem długa opowieść o motywacji, o emocjach, o różnych doświadczeniach. Lektura niełatwa, może trochę chaotyczna, ale na pewno ciekawa i pozostawiająca po sobie sporo refleksji. Wiele bowiem jest tu poruszonych spraw, o których zwykle w kontekście wojny się nie myśli.

środa, 10 stycznia 2018

Pan Mercedes, czyli może i schematyczne, ale i tak się podoba

Już ponad 3 lata minęły od przeczytania książki Stephena Kinga i wtedy "Pan Mercedes" mnie jakoś nie powalił, nawet w tytule notki napisałem: król jest nagi. Książka była przeciętna i tym bardziej zaskoczony byłem, że tak szybko ktoś pokusił się o ekranizację.
Ale wiecie co? W tej odsłonie (mimo, że jak się okazuje sporo pamiętałem, więc zaskoczeń nie było), jest lepiej! Spora w tym zasługa grającego główną rolę Brendana Gleesona, ale całość po prostu ma fajny, niespieszny klimat. Skupieni jesteśmy głównie na obsesji z jaką emerytowany gliniarz powraca do sprawy tzw. klowna mordercy, który wjechał rozpędzonym autem w tłum ludzi czekających przed giełdą pracy. To jedno z tych śledztw, które dręczą brakiem rozwiązania i teraz, najmniejszy trop, natychmiast budzi do życia psa, który wydawało się, że poszedł już w odstawkę.

wtorek, 9 stycznia 2018

Florida Project, czyli to też jest Ameryka




Słoneczna Floryda, Disneyland pod nosem, turyści latający helikopterami, mknący autostradami do kolejnych atrakcji i super wypasionych hoteli, a my zamiast temu wszystkiemu przyglądamy się ludziom, którzy żyją trochę na marginesie tego blichtru, na obrzeżach społeczeństwa. Zasiłki, kombinowanie, próby odbicia się od dna, pożyczanie kasy, a że trzeba mieć jakiś dach nad głową, hostel w którym możesz wynająć pokój na 30 dni (potem musisz zrobić przerwę na minimum jeden dzień), to całkiem niegłupie rozwiązanie. Sean Baker nawet nie stara się budować jakiejś spójnej historii, która by nas wciągnęła, ale robi coś dużo ciekawszego: obsadził film naturszczykami i sprawił, że oglądamy "Florida Project" ogląda się prawie jak reportaż. Kino zaangażowane społecznie musi trochę drażnić, wtykać szpilę w nasze wygodnictwo i poruszać emocje. Nie każdemu pewnie ten film będzie więc pasował, kogoś może znudzi, podglądactwo będzie krępować, a brak grzecznej historyjki z happy endem zasmuci. To taki american dream obdarty ze złotka i pełen goryczy, ale dzięki temu dużo prawdziwszy, niż bajki jakie często opowiada nam Hollywood, twierdząc że to historie o prawdziwych ludziach.

niedziela, 7 stycznia 2018

Rdza - Jakby Małecki, czyli mądra książka, piękny styl

Dobry początek roku, bo mimo nerwowości w pracy, na razie trochę czas na czytanie w domu jest, dziś biegnę drugi raz w tym miesiącu do teatru, a i filmowo udało się zobaczyć jedną bardzo dobrą rzecz. Jest więc o czym pisać. Nawet coś muzycznego wpadło już w ucho w tym roku. Zobaczymy jak dalej. Ale mimo, że szkiców notek mnóstwo, dziś gościnnie o powieści, która i mnie kusi od jakiegoś czasu.


Moje pierwsze spotkanie z tym autorem i od razu zauroczenie. Książka, którą „połyka” się w jeden wieczór niesie w sobie tyle emocji i przemyśleń, że aż dziw bierze, że tyle tego, a słów tak niewiele. Ma Małecki dar do używania oszczędnego słowa z ogromnym wydźwiękiem. Te słowa są przemyślane, dobrane , trafiają do nas i czepiają się serca. Kolejne rozdziały przeplatają historie dwóch osobnych światów , dwóch rozdzielonych pokoleń, tworząc jednak warkocz silnych więzi rodzinnych, przyjaźni i traum.

sobota, 6 stycznia 2018

To jest napad! Czyli kawałek nieznanej historii Ameryki - Marek Wałkuski

Skoro już w samym tytule znalazło się to "czyli", które u mnie stanowi część wszystkich (ponad 2500) wpisów, to niech tytuł notki pozostanie taki, jak to wymyślił autor.
Napady na banki chyba nieodłącznie kojarzą nam się z kulturą amerykańską, rozpropagowaną jeszcze przez filmy, najpierw westerny, a potem różnego rodzaju kryminały. Setki, a może nawet tysiące prób napadów dokonywanych co roku, też stawiają ten kraj na podium jeżeli chodzi o to zagadnienie.

Marek Wałkuski, dziennikarz, który od lat swoje radiowe pogawędki ubarwiał anegdotami dotyczącymi najbardziej kuriozalnych napadów, postanowił opowiedzieć trochę szerzej o tym jak to z tymi napadami rzeczywiście było i jest. Dodajmy, czyni to w sposób bardzo przekrojowy, rozpoczynając od historii (to znamy np. z westernów), przez zmieniający się stosunek społeczeństwa do zjawiska, analizując przyczyny, opisując różne pomysły organizacyjne i dochodząc do współczesności gdzie pokazuje też jaka być może będzie przyszłość tego "zawodu". Skoro gdzieś gromadzone są pieniądze, natychmiast pojawia się pokusa, żeby trochę z nich uszczknąć. Motywacje mogą być bardzo różne - od politycznych, przez ekonomiczne (bieda, długi), czy zwykłą chciwość, ale przez długi czas w Stanach wcale nie traktowano tego jakoś bardzo krytycznie - nawet jeżeli w banku były nasze pieniądze, to przecież bank jest ubezpieczony i to "oni" są okradani, a nie my. Ten aspekt socjologiczny, stosunek ludzi do sprawców napadów uważam za nawet bardziej interesujący niż sama kradzież pieniędzy.
Konflikt: bogaci i pazerni kapitaliści kontra zwykły, często biedny człowiek, zaostrzał się w czasach kryzysów gospodarczych, rośnie wtedy determinacja i nadzieja, że może akurat mnie nie złapią. Tyle filmów, tyle popełnianych błędów, niby wszystko już było, ale wciąż pojawiają się nowe pomysły na to jak przechytrzyć system lub po prostu zaskoczyć bezczelnością.

piątek, 5 stycznia 2018

Cela - Jonas Winner, czyli pogrążając się w mroku


Książka równie mroczna, jak i jej okładka. Ale szczerze mówiąc to chyba jedne z nielicznych jej prawdziwych mocnych stron: klimat, no i to, że już patrząc na okładkę, wiesz że sięgasz po coś krwawego. I nie chodzi tu o jakiegoś psychopatę, ganiającego z piłą mechaniczną. Wszystko jest prawie cały czas raczej w sferze domysłów, koszmarów, podejrzeń, niż realnego zagrożenia, a mimo to czujemy niepokój.
A zaczyna się przecież wszystko tak sielsko. Są wakacje i świeżo po przeprowadzce do Berlina, rodzina powoli się urządza w swoim nowym domu. Sammy ma jedenaście lat i niestety jeszcze nikogo tu nie zna, nudzi się jak mops, nic więc dziwnego, że wymyśla sobie różne zabawy i stara się penetrować całą (niemałą) działkę, na której stoi willa. Jego starszy brat nie ma dla niego czasu, bo przyjechał tu wcześniej, zdążył więc poznać już kolegów. 
Wakacje. Laba. Upał.
A potem zaczyna się koszmar.